niedziela, 22 lipca 2012

Україна 6-13 LIPIEC 2012 - 1 tydzień urlopu.

W tym roku postanowiłem wraz z Maciejem odwiedzić dzikie tereny Ukrainy - tamtejsze Bieszczady. Jak się okazało są to moim zdaniem najbardziej dzikie góry Europy. Pomysł zrodził się ot tak. Dlaczego właśnie tam? Na to pytanie nie znam odpowiedzi...po prostu czuję jakąś więź z tym krajem, do którego wracam rok rocznie... Wspaniali ludzie, wspaniała kultura, życzliwość, skromność mieszkańców, piękno tego zielonego landu. Konkretnego celu wyprawy jako tako nie było... z Wrocławia do Przemyśla, przekroczyć granicę i dostać się najlepiej do Sianek, wsi leżącej tuż przy granicy z Polandią. Dla mnie osobiście miała być to wyprawa bardziej duchowa, taka podróż wgłąb siebie, co osiągnąłem w 100% i z czego najbardziej jestem zadowolony. A więc po kolei... Wszystko zaczęło się od długiej podróży Wrocław - Przemyśl (11 godzin 38 minut!!!) ehh te nasze koleje, chyba nigdy nie przyspieszą... W Przemyślu byliśmy przed 14-tą, szybka wymiana waluty i busikiem do Medyki (cena 2 zł - niezmiennie od lat kilku). Granicę w tę stronę przekracza się szybko i już po chwili można zaczerpnąć ukraińskiego powietrza, napić się pysznego piwka, co oczywiście uczyniliśmy z wielkim apetytem... Jak na załączonym obrazku :)


Na zdjęciu poniżej... to nie jest Maciej :) Jakiś Ukrainiec w oczekiwaniu na marszrutkę popija zimnego browarka. Od kilku lat "zwiedzając" Ukrainę nauczyłem się jednego... tam na wszystko jest czas, nikomu nigdzie się nie spieszy, jak przyjedzie to pojedzie, jak nie ta marszrutka to następne itd. Z Szegini (Шегині)  bez problemu można dostać się do Sambora (Самбір). My obraliśmy tę właśnie drogę marszrutką odjeżdżającą o 18:20 czasu ukraińskiego. 


W Samborze byliśmy ok. godziny 20 a na peronie dworca stał już podstawiony pociąg zmierzający do Sianek (Сянки). Do celu dotarliśmy ok. 22-giej. "Wódeczka" na dworcowej ławce z nieznajomym, starszym Panem i zmęczeni długą podróżą, powędrowaliśmy aż za tory, by ułożyć się w śpiworach i grzecznie zasnąć. Rano obudziły nas dzwonki krów, które akurat w to miejsce ktoś postanowił puścić na wypas :) 



Była upalna sobota 7 lipca, nic się nie chciało, postanowiliśmy więc zlokalizować magazin (sklep). 
Zdjęcie poniżej sprzed wspomnianego magazinu.


Pobyt w Siankach przedłużył się o kolejną noc, po tym jak pewien bardzo uprzejmy Pan zaprosił nas do siebie na "staganka" i udostępnił wygodne łóżko... Rano tuż po godzinie 7-ej zwlókł nas z łóżka mówiąc: chlopcy wstawajcie do stołu :) Na zdjęciu poniżej na zegarku 7:30 a na stole wódka, piwo i soczek na zapitkę (dla gości oczywiście, oni nie psują sobie smaku byle czym)...


U gospodarza w chałupie... łazienkę miał na zewnątrz chaty, zbiornik z wodą pod którą można było się "ochlapać"... Cała jego chatka składała się z dwóch izb, kuchni i pokoiku sypialnianego.


Jeżeli chodzi o stan dróg w Polsce, nie mamy powodów do narzekań :)


Z Sianek udaliśmy się lekko upojeni poranną wódką do kolejnej miejscowości Butla (Бітла) w której sklepikarz tak nas złoił z pieniędzy, że szybko uciekaliśmy (przykładowo za 2 piwa żądał 30 UAH - ponad 12 PLN !!!) a na koniec "rzucił" tekstem, żeby mu zapłacić za obsługę, co skwitowaliśmy gromkim śmiechem.
"Żmijówka" za którą chciał 100 dolarów, oczywiście nie na naszą kieszeń, a nawet gdyby to i tak u niego bym nic więcej nie kupił...


Śniadanie "z Putinem". Szproty w oleju pożeraliśmy tam w dużych ilościach - bardzo smaczne.


Z Butli udaliśmy się do miejscowości Karpats'ke (Карпатське). Cudowna wieś, cudownie położona, a za magazinem taki oto akwen wodny :). Ta miejscowość i jej mieszkańcy zatrzymali nas na 2 kolejne noce. Biwak namiotowy tuż obok magazinu i rzeczki. Pobyt w Karpats'kim to istne "wczasy" a ludzie swą życzliwością pierwsza liga :) Nawet żonki nam chcieli znaleźć i przyprowadzali pod magazin wolne miejscowe kobiety... Macieja przypodobała sobie pewna "Babuszka", która "tąbiła" z nim non stop szampan za szampanem :) a Młodzi miejscowi w nocy do namiotów nam wchodzili, żeby wyciągnąć na "staganka". Tam też poznałem dziwną metodę na pozbycie się czkawki... otóż nakazano mi połknąć popiół z papierosa, co skończyło się natychmiastowym wybiegnięciem z magazinu w celu zwymiotowania - NIE POLECAM tej metody!



Słonko świeci, my z browarkiem...siedzimy...nic się nie dzieje...rozkosz jednym słowem...


Haa a Maćkowi na pożegnanie, kiedy to poszedł do rzeczki się ochłodzić krowa koszulkę zjadła :)


Jura na pożegnanie wziął z magazinu 3 puste butelki po wodzie, zawołał mnie na motór i zawiózł do siebie, skąd prosto ze studni przed domem wydobył przepyszną zimną wodę i napełniwszy butleki odwiózł z powrotem. Takich ludzi aż miło poznać...Pozdrawiam w tym miejscu wszystkich mieszkańców Karpats'ke i mam nadzieję, że kiedyś jeszcze tam zawitam...


Góry jak "cycuszki"...wspaniałe...




Kolejny cel - Libuchora (Либохора). Tam w magazinie przeczekaliśmy deszcz.


Pan sklepikarz chyba wiedział, że będzie fotka i pięknie zapozował, w przeciwieństwie do Macieja :)


Można tu jeszcze spotkać stare, kryte strzechą chałupy...




Po przeczekaniu deszczu dalej w drogę za wieś w poszukiwaniu miejsca noclegowego...



...i jest w końcu to idealne miejsce na biwak :)



Dnia następnego w potwornym upale ruszamy dalej...dokąd? tego ani ja ani Maciej nie wiedzieliśmy...
Widoków komentować nie muszę...pozostawiam oglądającemu do oceny własnej...
















Cienia...ja chcę cienia choć kawałek...





Zmasakrowani cholernym upałem zeszliśmy do wsi Bukowiec (Буковець). Droga długa i męcząca, przez cholerne dzikie lasy, krzaki i nie wiadomo co jeszcze, za to piwo "z kija" w miejscowym magazinie zimne i pyszne...
Pod magazinem poznaliśmy Wiktora i jego rodzinę. Za 30 UAH kupiliśmy od niego mega kulę sera oraz litr ciepłego jeszcze mleka z własnej hodowli. 


Po krótkim odpoczynku Wiktor zaprosił nas do siebie na obiad. Stół zastawiony, ziemniaczki, słoninka, smalczyk, cebulka, pomidorki, ogórki, chlebek i... słój samogonu :) Za ten wykwintny obiad zapłaciliśmy Wiktorowi 50 UAH - tyle chciał - i my zadowoleni i on zeszliśmy do magazinu na piwko...


Wiktor i jego rodzina przed magazinem...


Aaaa na wychodne Wiktor zapakował nam słoninkę, którą ze smakiem zjedliśmy przy wieczornym ognisku.


Moje miejsce biwakowe...nie chciało mi się rozkładać namiotu :)


Nietypowy sposób pakowania słoninki...pokrojoną zawinął nam w...zeszyt do muzyki swojego Syna :)



Ładna reklama piwa...


Pociągowe toalety nie zmieniają się od lat...


We Lwowie przelotem...piękna strona Lwowa...


...i ta nieco brzydsza...:)


Dla moich stóp tak się to wszystko skończyło...lecz zadowolony, spełniony, inny, lepszy wróciłem...


Z pozdrowieniami dla towarzysza Macieja :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz