czwartek, 18 lipca 2013

Ukraina 2013 tym razem na rowerkach.

Jak co rok nasze niespokojne dusze zapragnęły przygody. Już po raz czwarty, Maciej trzeci wybraliśmy się na wschód, no bo gdzie by indziej :) Planów nie było, mapy też, tylko rowery, sprzęt biwakowy. Na początku zrodził się pomysł Mołdawii, który szybko wyleciał z głowy, zamiast tego poznaliśmy piękne rejony wspaniałej Ukrainy. 

A oto krótki fotoreportaż z tejże wyprawy :)

Rzeszów Główny i ślubna sesja.


Jakaś tam szybka wypita znaczy się wybita :)


W drodze do Lviv'a. Pomnik w Mostys'kach.


Lviv zdobyty!



Maciej poszedł po bilety, ja fotografowałem piękno Lviv'a :)


Tu pojawił się pierwszy, ale jedyny na szczęście problem. Pan konduktor nie chciał wziąć do pociągu rowerów. Ale jak już dostał w "łapę" 100 hrywien, to znalazł miejsce i dla nas i dla rowerów - Love Ukraina!!!


Dostaliśmy osobistą klitkę od konduktora, mniej więcej 2 na 2 metry :) Maciek miał kawałek siedzenia, natomiast ja usiadłem sobie na meblach, pode mną bagaże a zaraz drzwi na korytarz.


Humory jednak dopisywały :)


Maciej uczy się na ukraińskiego konduktora.


Pociągowy relaks w wersji ukraińskiej.


Do Snyatyn'a dotarliśmy w nocy, pewna dziewczyna podróżująca tym samym pociągiem wskazała nam fajne miejsce biwakowe. Maciej o poranku nad Prutem.


Most donikąd...


A pod mostem:


Tego dnia mieliśmy dotrzeć do Natalii, koleżanki, którą poznałem 2 lata wcześniej podczas wyprawy Ukraińsko-Rumuńskiej. Żar był straszny, droga kręta, zatrzymaliśmy się po drodze na piwko. Dzieciaki ze wsi się zleciały pooglądać nasze rowery. A jaka była radość jak kupiłem im cukierków, dla mnie bezcenne.


Wejście do mahazynu (czyt. sklepu).


Pies to stróż każdego wiejskiego sklepu.


Dotarliśmy do Natalii :)


Piękne, prawdopodobnie poradzieckie, pomniki to ozdoba każdej, nawet najmniejszej miejscowości.
Pomnik we wsi Yaseniv-Pil'nyi.


Pomimo, iż na Ukrainie się "nie przelewa", cerkwie ociekają pięknem.


Po przepysznym obiedzie u Natalki (barszczyk ugotowała przedni) wybraliśmy się na piwko. Z koleżanką Natalii Anią.


Kocyk, cień, piwko - ot wczasy na Ukrainie :)


Huśtaweczka w stadionowym parku.


Panie Waldziu a może by tak nas do kadry? Też nie umiemy kopać :)


Maciej niczym Szerpa :)


Park Arena w Yeseniv-Pil'nyi.


Kibice się schodzą :) Na pierwszym planie "kogut - nawoływacz".


UA :)


Zimna wódka i przekąska przy muzyce Bogdana (brata Natalii).


на эдоровя!!!


Wasilij ojciec Natalii i jego traktor "samoróba".


Rolnik Maciej.


Wieczorne biesiady :)


Behemot w wersji reggae w mojej kompozycji. Niepowtarzalny !


:)


Dnia kolejnego, oczywiście zostaliśmy u Natalii, bo nie chciała nas wypuścić :) Rano pojechaliśmy do Horodenki kupić mapy, w końcu trzeba wiedzieć w którą stronę, co i jak nazajutrz. Do Horodenki jechaliśmy taksi mercedesem, z przodu pan kierowca, jakiś facet i babka...


z tyłu Natalka na kolanach Macieja...


w środku ja i obok kolejna babka :) Takie rzeczy tylko na Ukrainie!


Ukraińska maszyna. Idealnie nadaje się na ich dziurawe drogi.


Zakupiliśmy mapy, będziemy coś knuć :)


"Natalia, Natalia, Natalia w Bruklinie, Ona nigdy w naszej, w naszej pamięci nie zginie..." :)


Zamek w Horodence.


Zamkowa sesja :)



Po powrocie Natalka gotuje na obiad kabaczki - dobre kabaczki :)


A że upał był do stawu wskoczyliśmy!



I boom ją do wody :)


Małe raczki, fajne uczucie jak chodzą po dłoni.


Chłopcy łapią raki, które później od nich kupimy i skonsumujemy :)


Tymczasem koza w cieniu leniwie śpi...


a żabka się wygrzewa w słońcu.


Idzie rak nieborak jak uszczypnie, będzie znak :)



Pokąpani, wracamy ze stawu ugotować raki.




Pyszne raczki.


Zrobiliśmy cmentarz dla raków. Już bez dupek, które wszamaliśmy.


Dobrze było u Natalii, ale kolejnego dnia trzeba było ruszać dalej. W dolinie Dniestru - bajkowo :)





Ech te ich dziurawe drogi, szlag by je trafił. Chyba jedyna rzecz na jaką przez cały wyjazd narzekaliśmy.


Po przejechaniu mostu nad Dniestrem, zjechaliśmy w dół aby napić się piwa pod sklepem w miejscowości Ustechko. Pomnik przy sklepie.


Popijając Lvivskie Svitle (najbardziej nam podchodziło to piwo) pewien młody człowiek zakomunikował nam, że za chwilę na boisku nieopodal będzie football (czyt. mecz). A ponieważ nam się na wycieczce nie spieszyło nigdzie,a piłkę lubimy, postanowiliśmy zostać na meczu, jak się później okazało zostaliśmy i na noc :)

Na mecz zeszła się chyba cała wioska. Sędzia liniowy palący sobie papieroska - rilaks :)


A ten Pan w koszuli i spodniach "na kancik" to sędzia główny hehehe. Miał nawet gwizdek i kartki, a czas chyba odmierzał na telefonie, tak mnie się wydaje :)



Kibicka :)


Po meczu na piwko, a że nie chciało nam się już zbytnio pedałować tego dnia, rozbiliśmy obóz przy szkolnym boisku.


Oczywiście nie mogłem sobie odpuścić i poszedłem do chłopaków pokopać. Stworzyliśmy 2 komanda (drużyny) po 4 i zagraliśmy mecz. Moja drużyna wygrała 4:2 :) a mecz zakończył się już grubo po zmierzchu.




Następnego dnia pojechaliśmy dalej, jako kierunek docelowy obraliśmy Tarnopol, ale nie tak od razu, na luzie i "zwiedzając". Poniżej ruiny fortecy w miejscowości Yazlovets'





Ślubny pojazd, pięknie udekorowany.


Pogoda zaczęła się psuć, ciemne chmury praktycznie z każdej strony. Za Jazłowcem postanowiliśmy rozbić namioty w polu, coby nie zmoknąć. Przeurocze miejsce obraliśmy.


Ot takie właśnie...


Idzie na burze idzie na deszcz... a swoją drogą ładna flaga Ukrainy wyszła mi na tej fotografii :)



W tym oto domku jak się później okazało spędziłem sporo czasu. Dnia następnego lało jak z cebra :(


Wieczorne ognicho, chłodno już było przed deszczem, więc się dogrzewaliśmy.


Jak już przestało padać, a było to w niedzielę ok 15, posprzątaliśmy szybko obóz, wsiedliśmy na rowery i jechaliśmy dalej w stronę Buchacha. Po drodze jednak złapał nas deszcz, więc do hotelu zajechaliśmy, wysuszyć się i ogrzać wódką i pierogami :)



A dyskoteka gra...


Przezajebiste pierożki !!!


W hotelowym pokoju suszenie.


Standard ukraińskiego hotelu klasowy :)


Po przespanej w ciepłym pokoju nocy, ruszamy dalej w stronę Tarnopola. Po drodze postój na śniadanie przy sklepie. Mieliśmy piękne sandałki i skarpetki :)



Klasyczny widok za ukraińskim sklepem - każdym jednym!!!


Jemy sobie, pijemy piwko, podjeżdża pan na wozie. Konia przyczepia do słupa energetycznego, idzie do sklepu i z czym wychodzi??? Oczywiście, że z flaszką i piwem (piwko chyba na popicie).


Piękne krajobrazy po drodze...



Ot i dojechaliśmy do Tarnopola.




Udało nam się jeszcze tego samego dnia złapać "elektriczku" do Lviv'a.




Do Lviv'a dojechaliśmy ok północy, zjedliśmy i ruszyliśmy w nocną podróż w stronę Polski. Po przejechaniu ok 18km zaczęło padać :( Znowu ten cholerny deszcz. Rozbiliśmy namioty w lesie, na stacji benzynowej kupiliśmy po piwku i spać.


Wtorek rano ruszyliśmy do Polski. Ostatnie obrazki z tej wyprawy. Przy drodze Lviv - Shehyni.



No i koniec opowieści i przygody. Z wielkimi humorami, zadowoleni, "wypoczęci" wróciliśmy do Polski. Do Synka :) do rodziny :) do znajomych :) i trzeba to dodać - do wanny :)
Zajebiście było jak co rok!!!
Ukraino żegnaj!!! Do następnego lata!!!
Pozdrowienia dla Maćka :)
Natalia - dziękujemy za wszystko :*

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz