Jak co rok nasze niespokojne dusze zapragnęły przygody. Już po raz czwarty, Maciej trzeci wybraliśmy się na wschód, no bo gdzie by indziej :) Planów nie było, mapy też, tylko rowery, sprzęt biwakowy. Na początku zrodził się pomysł Mołdawii, który szybko wyleciał z głowy, zamiast tego poznaliśmy piękne rejony wspaniałej Ukrainy.
A oto krótki fotoreportaż z tejże wyprawy :)
Rzeszów Główny i ślubna sesja.
Jakaś tam szybka wypita znaczy się wybita :)
W drodze do Lviv'a. Pomnik w Mostys'kach.
Lviv zdobyty!
Maciej poszedł po bilety, ja fotografowałem piękno Lviv'a :)
Tu pojawił się pierwszy, ale jedyny na szczęście problem. Pan konduktor nie chciał wziąć do pociągu rowerów. Ale jak już dostał w "łapę" 100 hrywien, to znalazł miejsce i dla nas i dla rowerów - Love Ukraina!!!
Dostaliśmy osobistą klitkę od konduktora, mniej więcej 2 na 2 metry :) Maciek miał kawałek siedzenia, natomiast ja usiadłem sobie na meblach, pode mną bagaże a zaraz drzwi na korytarz.
Humory jednak dopisywały :)
Maciej uczy się na ukraińskiego konduktora.
Pociągowy relaks w wersji ukraińskiej.
Do Snyatyn'a dotarliśmy w nocy, pewna dziewczyna podróżująca tym samym pociągiem wskazała nam fajne miejsce biwakowe. Maciej o poranku nad Prutem.
Most donikąd...
A pod mostem:
Tego dnia mieliśmy dotrzeć do Natalii, koleżanki, którą poznałem 2 lata wcześniej podczas wyprawy Ukraińsko-Rumuńskiej. Żar był straszny, droga kręta, zatrzymaliśmy się po drodze na piwko. Dzieciaki ze wsi się zleciały pooglądać nasze rowery. A jaka była radość jak kupiłem im cukierków, dla mnie bezcenne.
Wejście do mahazynu (czyt. sklepu).
Pies to stróż każdego wiejskiego sklepu.
Dotarliśmy do Natalii :)
Piękne, prawdopodobnie poradzieckie, pomniki to ozdoba każdej, nawet najmniejszej miejscowości.
Pomnik we wsi Yaseniv-Pil'nyi.
Pomimo, iż na Ukrainie się "nie przelewa", cerkwie ociekają pięknem.
Po przepysznym obiedzie u Natalki (barszczyk ugotowała przedni) wybraliśmy się na piwko. Z koleżanką Natalii Anią.
Kocyk, cień, piwko - ot wczasy na Ukrainie :)
Huśtaweczka w stadionowym parku.
Panie Waldziu a może by tak nas do kadry? Też nie umiemy kopać :)
Maciej niczym Szerpa :)
Park Arena w Yeseniv-Pil'nyi.
Kibice się schodzą :) Na pierwszym planie "kogut - nawoływacz".
UA :)
Zimna wódka i przekąska przy muzyce Bogdana (brata Natalii).
на эдоровя!!!
Wasilij ojciec Natalii i jego traktor "samoróba".
Rolnik Maciej.
Wieczorne biesiady :)
Behemot w wersji reggae w mojej kompozycji. Niepowtarzalny !
:)
Dnia kolejnego, oczywiście zostaliśmy u Natalii, bo nie chciała nas wypuścić :) Rano pojechaliśmy do Horodenki kupić mapy, w końcu trzeba wiedzieć w którą stronę, co i jak nazajutrz. Do Horodenki jechaliśmy taksi mercedesem, z przodu pan kierowca, jakiś facet i babka...
z tyłu Natalka na kolanach Macieja...
w środku ja i obok kolejna babka :) Takie rzeczy tylko na Ukrainie!
Ukraińska maszyna. Idealnie nadaje się na ich dziurawe drogi.
Zakupiliśmy mapy, będziemy coś knuć :)
"Natalia, Natalia, Natalia w Bruklinie, Ona nigdy w naszej, w naszej pamięci nie zginie..." :)
Zamek w Horodence.
Zamkowa sesja :)
Po powrocie Natalka gotuje na obiad kabaczki - dobre kabaczki :)
A że upał był do stawu wskoczyliśmy!
I boom ją do wody :)
Małe raczki, fajne uczucie jak chodzą po dłoni.
Chłopcy łapią raki, które później od nich kupimy i skonsumujemy :)
Tymczasem koza w cieniu leniwie śpi...
a żabka się wygrzewa w słońcu.
Idzie rak nieborak jak uszczypnie, będzie znak :)
Pokąpani, wracamy ze stawu ugotować raki.
Pyszne raczki.
Zrobiliśmy cmentarz dla raków. Już bez dupek, które wszamaliśmy.
Dobrze było u Natalii, ale kolejnego dnia trzeba było ruszać dalej. W dolinie Dniestru - bajkowo :)
Ech te ich dziurawe drogi, szlag by je trafił. Chyba jedyna rzecz na jaką przez cały wyjazd narzekaliśmy.
Po przejechaniu mostu nad Dniestrem, zjechaliśmy w dół aby napić się piwa pod sklepem w miejscowości Ustechko. Pomnik przy sklepie.
Popijając Lvivskie Svitle (najbardziej nam podchodziło to piwo) pewien młody człowiek zakomunikował nam, że za chwilę na boisku nieopodal będzie football (czyt. mecz). A ponieważ nam się na wycieczce nie spieszyło nigdzie,a piłkę lubimy, postanowiliśmy zostać na meczu, jak się później okazało zostaliśmy i na noc :)
Na mecz zeszła się chyba cała wioska. Sędzia liniowy palący sobie papieroska - rilaks :)
A ten Pan w koszuli i spodniach "na kancik" to sędzia główny hehehe. Miał nawet gwizdek i kartki, a czas chyba odmierzał na telefonie, tak mnie się wydaje :)
Kibicka :)
Po meczu na piwko, a że nie chciało nam się już zbytnio pedałować tego dnia, rozbiliśmy obóz przy szkolnym boisku.
Oczywiście nie mogłem sobie odpuścić i poszedłem do chłopaków pokopać. Stworzyliśmy 2 komanda (drużyny) po 4 i zagraliśmy mecz. Moja drużyna wygrała 4:2 :) a mecz zakończył się już grubo po zmierzchu.
Następnego dnia pojechaliśmy dalej, jako kierunek docelowy obraliśmy Tarnopol, ale nie tak od razu, na luzie i "zwiedzając". Poniżej ruiny fortecy w miejscowości Yazlovets'
Ślubny pojazd, pięknie udekorowany.
Pogoda zaczęła się psuć, ciemne chmury praktycznie z każdej strony. Za Jazłowcem postanowiliśmy rozbić namioty w polu, coby nie zmoknąć. Przeurocze miejsce obraliśmy.
Ot takie właśnie...
Idzie na burze idzie na deszcz... a swoją drogą ładna flaga Ukrainy wyszła mi na tej fotografii :)
W tym oto domku jak się później okazało spędziłem sporo czasu. Dnia następnego lało jak z cebra :(
Wieczorne ognicho, chłodno już było przed deszczem, więc się dogrzewaliśmy.
Jak już przestało padać, a było to w niedzielę ok 15, posprzątaliśmy szybko obóz, wsiedliśmy na rowery i jechaliśmy dalej w stronę Buchacha. Po drodze jednak złapał nas deszcz, więc do hotelu zajechaliśmy, wysuszyć się i ogrzać wódką i pierogami :)
A dyskoteka gra...
Przezajebiste pierożki !!!
W hotelowym pokoju suszenie.
Standard ukraińskiego hotelu klasowy :)
Po przespanej w ciepłym pokoju nocy, ruszamy dalej w stronę Tarnopola. Po drodze postój na śniadanie przy sklepie. Mieliśmy piękne sandałki i skarpetki :)
Klasyczny widok za ukraińskim sklepem - każdym jednym!!!
Jemy sobie, pijemy piwko, podjeżdża pan na wozie. Konia przyczepia do słupa energetycznego, idzie do sklepu i z czym wychodzi??? Oczywiście, że z flaszką i piwem (piwko chyba na popicie).
Piękne krajobrazy po drodze...
Ot i dojechaliśmy do Tarnopola.
Udało nam się jeszcze tego samego dnia złapać "elektriczku" do Lviv'a.
Do Lviv'a dojechaliśmy ok północy, zjedliśmy i ruszyliśmy w nocną podróż w stronę Polski. Po przejechaniu ok 18km zaczęło padać :( Znowu ten cholerny deszcz. Rozbiliśmy namioty w lesie, na stacji benzynowej kupiliśmy po piwku i spać.
Wtorek rano ruszyliśmy do Polski. Ostatnie obrazki z tej wyprawy. Przy drodze Lviv - Shehyni.
No i koniec opowieści i przygody. Z wielkimi humorami, zadowoleni, "wypoczęci" wróciliśmy do Polski. Do Synka :) do rodziny :) do znajomych :) i trzeba to dodać - do wanny :)
Zajebiście było jak co rok!!!
Ukraino żegnaj!!! Do następnego lata!!!
Pozdrowienia dla Maćka :)
Natalia - dziękujemy za wszystko :*