wtorek, 24 kwietnia 2012

România i Україна lipiec 2011

Polska-Ukraina-Rumunia-Ukraina-Polska. Wyjazd zaplanowałem w lipcu 2011r. Plan był prosty – 2 tygodnie „odpoczynku” od rzeczywistości. Miały być góry, miało być morze… Towarzyszami podróży były Gosia i Marysia (pozdrawiam serdecznie dziewczęta) oraz w ostatniej chwili dołączyli Darek i Karolina. Nocny pociąg relacji Wrocław – Przemyśl przechodzi już do wakacyjnego standardu, nim też i tym razem pojechaliśmy. Polskie Koleje Państwowe jak co roku oferują 10-godzinną podróż w korytarzu wagonu (nie zdarzyło mi się jeszcze jechać z miejscem siedzącym w 2 klasie). Można jednak do tego przywyknąć, zaopatrując się na podróż w „browarki” droga mija dość przyjemnie. Granicę Polsko-Ukraińską pokonujemy pieszo w Medyce. Następnie zimne piwko i marszrutą do Lwowa (Львів), skąd przesiadając się w kolej ukraińską cały dzień jechaliśmy do Czerniowiec (Чернівці) klasą Płackartnyj (tani wagon bezprzedziałowy, spotykany tylko na wschodzie: 50 osób w odkrytych boksach, zaduch, swojski smrodek, pełna integracja) za to w jakim towarzystwie J Konduktorzy ukraińskich kolei chyba nigdy się nie zmienią co sobie bardzo cenię, bo to jedna z atrakcji podróży po Ukrainie.





Do Czerniowiec docieramy późnym wieczorem, pierwszy hotel z brzegu, trafił się akurat 3-gwiazdkowy, jednak cena noclegu z tego co pamiętam ok. 30PLN. Szybki prysznic i wraz z Małgorzatą postanawiamy zwiedzić trochę tego miasta nocą. Wyszło tak, że po wypiciu wódki w „restauracji” zapomnieliśmy drogi do hotelu. Mało tego, nawet nie znaliśmy nazwy „naszej” noclegowni. Na szczęście są telefony komórkowe, Dariusz podał nazwę hotelu, „tubylcy” nas poprowadzili…uff. Dnia następnego ruszamy na Rumunię, cel – przekroczyć pieszo granicę, dotrzeć do miasta Suczawa (Suceava) i kierować się do Borsy (Borșa). Jest to bardzo urokliwe miejsce otoczone górami, taka baza wypadowa w Alpy Rodniańskie.
Pieszo ku Rumunii...



Podróżowanie "na pace" rumuńskiego busa nie dla wszystkich kończy się bez boleśnie...


Na miejsce dotarliśmy wcześnie rano, ostatnie zakupy żywnościowe, mapy okolicy i gór, zimne piwko i w góry…





Pogoda była wymarzona, widoki niesamowite, im wyżej tym więcej się odsłaniało.
Pierwszy biwak urządziliśmy na polanie, w cudownym popołudniowym słońcu można było naprawdę odpocząć.






Wieczór zakończyliśmy ogniskiem i butelką rumuńskiego wina (polecam ichnie wina).


Kolejnego dnia dotarliśmy pod najwyższy szczyt tej części Karpat – Pietrosul (2303 m n.p.m.). Namioty rozbiliśmy w urokliwej okolicy Jeziorka Iezer (1786 m n.p.m.) usytuowanego w ogromnym kotle polodowcowym.


Na zdjęciu wspomniane Jeziorko Iezer...








Po krótkim odpoczynku, rozbiciu namiotu i ugotowaniu zupki, zdecydowałem się samotnie zdobyć wyżej wymieniony szczyt jeszcze tego samego dnia. Dosyć długa wędrówka przez skalny Zanoaga Iezerului na przez Przełęcz Curmatura Pietrosului (2129 m n.p.m.) zakończyła się na 2303 metrach n.p.m. – wyżej już się w tej okolicy nie dało. Widoki zapierające dech…






Przełęcz Curmatura Pietrosului (2129 m n.p.m.)




Na szczyt jeszcze kawałek...



Nie mam pojęcia co oznacza ta "beczka" na szczycie Pietrosula, nie mniej jednak muchę, która upodobała sobie obiektyw mojego aparatu, postanowiłem w tym miejscu umieścić :)



Niestety sytuacja stawała się coraz bardziej napięta, wyszła pewna niezgodność charakterów z jedną osobą, coraz częstsze kłótnie sprowadziły się do sytuacji powrotu w doliny przez naszą 3-kę (ja, Gosia i Marysia) dnia następnego. Karolina i Darek przyłączyli się do grupy Anglików i pozostali w górach. Nie żałuję tej decyzji, bo dalszą część urlopu spędziliśmy doskonale i co najważniejsze w miłej atmosferze.



Takie tam rumuńskie klimaty...



Widok z okna w "hotelu" w miejscowości Borsa - takiego nigdzie się nie znajdzie (drzwi na dachu pobliskiego budynku). Nic dodać, nic ująć...


Po wspaniałym noclegu we wspomnianym hotelu postanowiliśmy tym razem wybrać się nad morze…ukraińskie…cel Odessa (Одеса).

Opuszczamy rumuńskie ziemie przy deszczyku.


Ukraina wita nas przedzierającym się przez chmury słońcem.



Przygód co nie miara… Ukraińskie urodziny na dworcu kolejowym, wódka z kubka, kiełbasa zawinięta w gazetę i czaj na „zapitkę”.




Innym razem, zmęczeni podróżą, z problemem wymiany waluty (mieliśmy rumuńskie leje w dużej ilości, a na Ukrainie nikt nie chciał nam ich wymienić, dopiero na ulicy pewien Pan rzekomo jadący do Bułgarii przez Rumunię wymienił nam po dość niekorzystnym kursie), Pani w kasie autobusowej mówi, że autobus do Odessy za kilka dni będzie, wku…wieni poszliśmy na piwo pomyśleć co dalej… W knajpce dwie sympatyczne Ukrainki, usłyszały naszą rozmowę po polsku i zaproponowały abyśmy się przysiedli. Miła atmosfera i Natalia, jedna z nich obiecuje pomoc. Zabiera nas ze sobą na wioskę, gdzie mieszka, oferuje nocleg, świetną zabawę, zastawiony smakołykami stół a dnia następnego dnia odprowadza na autobus, którym dojedziemy do Odessy. Ach ta ukraińska gościnnośćJ Z Natalią do tej pory mam kontakt, czasami dzwoni i pyta kiedy ją odwiedzę, a wiem, że jeśli tylko moje nogi przekroczą granicę polsko-ukraińską z wielką przyjemnością złożę jej wizytę.




I ostatnie zdjęcie wykonane moim aparatem (bateria padła, a ładowarki nie zabrałem)...


Na szczęście Gosza miała sprawny aparat. Kilka ujęć wykonanych jej sprzętem.








W Odessie czas spędzaliśmy głównie na plaży, pogoda dopisywała… i tak miło „zleciały” 2 tygodnie urlopu… Były arbuzy, było zimne piwko...



 Co w tym roku, jeszcze do końca nie wiem, na pewno w poszukiwaniu przygód J